15 października

Gdybyście potrzebowali czegoś do poduszki na długie zimowe wieczory, polecam ‚The Norman Conquest’ Morrisa. Morris generalnie dobrze pisze, ale Conquest jest chyba najlepszy. Czyta się go niczym dobry kryminał, lub powieść przygodową – sam czytam chyba czwarty raz a i rodzic mój dostał tę książkę z nie-pamiętam-już-jakiej-okazji. Jest to też jedna z tych historii, gdzie człowiek się zastanawia ‚co by było gdyby’ i patrząc na bitwę pod Hastings, to naprawdę do tego ‚gdyby’ niewiele brakowało.

8 października

Całe życie nie otrzymałem listu z kościoła, a wczoraj przyszły dwa: jeden od proboszcza od św. Macieja na Schönebergu, drugi z Arcybiskupstwa Berlin. Św. Maciej informuje mnie, iż dostał informację, że wystąpiłem z KK; przyjmuje ten fakt do wiadomości, zastanawia się nad powodami oraz oferuje rozmowę, gdybym czuł taką potrzebę. Nie czuję.
List z arcybiskupstwa zawiera +/- to samo oraz stronę o A4 o konsekwencjach apostazji, zarówno duchowych, jak i finansowych 😉 
Oczywiście nie potrafili się powstrzymać i w ostatnim zdaniu informują mnie, że „poprzez chrzest jestem związany z J. Ch. również po apostazji i on dalej będzie mi towarzyszył”. Niech towarzyszy, ale w knajpach płaci za siebie.

A w Indiach kierowca autobusu chciał ominąć krowę i 12 osób nie żyje. To tyle o pozytywach płynących z religii.

4 października

Zatem wzięliśmy ślub.
Było kameralnie – my, parentes, świadkowie J. & B., tłumaczka. Zawczasu dostaliśmy pełen wykaz tego, co jest wymagane – dokumenty, punktualność, własny długopis 🙂 – i tego, co jest zakazane – sypanie ryżem, konfetti, kwiatami w i przed urzędem oraz wrzucanie zdjęć z uroczystości do mediów społecznościowych (dobrze, że napisali, bo my przecież jesteśmy z tego znani….).

Pan urzędnik był przesympatyczny; wysławiał się z dużą swadą potrafiąc wpleść różne okolicznościowe komentarze. Ja wiem, że to nie jego pierwszy raz, ale po pierwsze, niektórzy ludzie mają taką dykcję, że nie powinni nigdy ust otwierać; po drugie, mógł mieć wywalone – ileż razy można klepać to samo; po trzecie, jak to B. stwierdził, mógł się w domu pożreć z żoną i zwyczajnie nie być w stanie prawić nam farmazonów o szczęśliwym pożyciu. 

Pani tłumaczka. Całkowity przypadek, ale trafiliśmy świetnie. Wszystko płynnie, bez eeee…. aaaa…. no tentego….. Żadnego szukania słów, sapania, wszystko od razu przetłumaczone, wyraźnie i z humorem.

Potem tylko podpisy i wyżerka U Luisa.

I czuję się z tym ciut dziwnie. Otóż, nie spodziewałem się, że w ogóle kiedykolwiek z kimkolwiek to nastąpi. Ponadto, czuję się trochę jak miasto lokowane na prawie magdeburskim, bo też musieliśmy odwołać się do niemieckiego prawa. Po trzecie, w życiu bym nie przypuszczał, że hajtnę się szybciej, niż mój brat 😉

I na koniec beczka dziegciu w naszej chochli miodu: spodziewałem się, że oczywiście dostaniemy urzędowe odpisy aktu małżeństwa, wiecie, takie do okazania w innych urzędach, ale główny akt będzie na czerpanym papierze i pisany takim upiornym gotykiem – coś a’la cyrograf – że ni diabła nie idzie rozczytać, a tu zwykły urzędowy druk…. Kaszana i Tandeta.

1633337537790

27 września

Otworzyliśmy wczoraj z Cytrusem piemonckie i jak się często zdarza po winie, mieliśmy durne sny. Cytrus – na razie – nie pamięta, co mu się śniło, ja natomiast tłumaczyłem komuś, że używam komunikatora Signal, a ten ktoś mi odpowiedział, że nie zna tej aplikacji.
Właśnie zaczyna do mnie docierać, że to był chyba Olaf Scholz…..

19 września

Wyznaczono nam termin na **.**.****. Cytrus zadowolony, bo jest ‚r’ w nazwie miesiąca; był to jednak całkowity przypadek.

Ponadto niewiele brakowało, byśmy całą procedurę zaczynali od nowa: otóż jak pisaliśmy, po przybyciu do Berlina zamieszkaliśmy w +/- w centrum i złożyliśmy papiery we właściwym USC. Od 1 września mieszkamy jednak w Treptow i gdy udaliśmy się do USC by potwierdzić dane, złożyć podpisy, zapłacić etc., to od 2 dni podpadaliśmy już pod inny USC. Przez moment zastanawialiśmy się nawet, czy sprawy nie przemilczeć, ale jednak podpis w urzędzie to podpis w urzędzie, więc żeśmy się przyznali. Pani urzędniczka popatrzyła znad okularów w papiery, potem na nas, potem w papiery i stwierdziła, że ona to tak zostawi tzn. nie każe nam iść do właściwego USC, tylko druknie kwity z nowym adresem i wyznaczy termin. Uff….

6 września

Zameldowaliśmy się w nowym mieszkaniu.

Co ciekawe, urząd nie zależy od miejsca zamieszkania; można sobie wybrać dowolny ratusz – mieszkamy w Treptow, ale wylądowaliśmy na Lichtenbergu, bo naszej rezydentce tak pasowało.
A zatem: rezydentka przygotowała dokumenty, a my mieliśmy tylko przyjść z dowodami oraz WGB od właściciela mieszkania. Jak wspomniałem wcześniej, na WGB występowałem niestety tylko ja, ale mieliśmy kopię kontraktu z adnotacją, że mogę podnająć pokój Cytrusowi oraz umowę podnajmu 🙂 Idiotyczne, ale tak to tu wygląda. Gdybyśmy byli po ślubie, byłoby łatwiej.
W każdym razie miły pan z okienka przyjął dokumenty, rezydentka wyjaśniła mu kim Cytrus jest dla mnie i po jakichś 15 minutach dostaliśmy oficjalne potwierdzenia meldunku.

Z niemieckiej biurokracji pozostał nam już tylko ślub.

2 września

Wystąpiłem z kościoła.
Powodów było kilka. Po pierwsze, nie zamknąłem tej kwestii w PL.
Po drugie, nie miałem zamiaru płacić podatku kościelnego. Co prawda porównywać niemiecki katolicyzm z polskim, to jak porównywać demokrację z demokracją ludową, ale zawsze. Skoro się nie poczuwam, to po co mi to.
Po trzecie, w Niemczech cała procedura jest upiornie łatwa. Wszystko załatwia się przed urzędnikiem i żaden funkcjonariusz kościelny nie bierze w tym udziału. Należy umówić się w odpowiednim urzędzie (w Berlinie są dwa); w naznaczonym terminie przyjść z dowodem osobistym, potwierdzeniem meldunku w Berlinie i zapłacić 30 EUR. Z pokwitowaniem uderza się do odpowiedniego pokoju, daje papiery urzędniczce; ona to wbije do systemu, wydrukuje i – Błysk! Olśnienie! Iluminacja! – jest się bezwyznaniowcem. 10 minut; żadnych pouczających rozmów z lokalnym pedofilem….przepraszam, proboszczem, który z ojcowską troską będzie próbował Was odwieść od tej decyzji.

10 minut.

1631018745514-1